-Piotruś, jak to się wszystko zaczęło ?- zapytałam kiedyś właściciela opla k38.

Potem nastąpiła cisza, zastanowienie, westchnienie. Chwilę później  zdziwienie, że się tym interesuję, a następnie długa, wyczerpująca, interesująca i wzruszająca opowieść człowieka, który najzwyczajniej w świecie kocha swojego opla.

opel kadett 1938 naszego kolegi z Niemiec

Od zawsze interesowałem się zabytkową motoryzacją. Dla tych starych pojazdów oglądałem „Klosa” i „Czterech Pancernych”. 26 lat temu studiowałem w Krakowie, gdzie na ulicach można było jeszcze wtedy  spotkać takie perełki motoryzacji. To były piękne czasy. Wspomniałem jakoś przy koleżance, że chcę kupić zabytkowe auto. Myślałem wtedy o IFA F9 albo o  P 70. Znajoma powiedziała, że koło jej domu stoi  drewniano-metalowe zabytkowe  auto, a miała na myśli DKW. Udałem się na podaną ulicę , ale pomyliłem adres i trafiłem na  opla kadetta. Kiedy przy nim stałem podszedł  do mnie facet i powiedział, że auto jest na sprzedaż.  Dałem za niego 300 USD . Od tamtej pory był mój. Nie będę wspominał jaka była reakcja moich rodziców, ale powiem tylko tyle, że nie byli zadowoleni. Potem należało załatwić transport  do Żagania. W czasie holowania  ( około północy ), na Śląsku zobaczyliśmy iskry wydobywające się spod auta i wyprzedzający na przedmiot. Okazało się, że było to tylne koło opla. Zatrzymaliśmy się na poboczu, przed wiaduktem i udaliśmy się na poszukiwania, ale niestety, nie udało się. Poprzedni właściciel  opla, który pomagał przy holowaniu powiedział, że nie będzie czekał do rana, żeby szukać  zguby i zaproponował, by zostawić auto na tydzień. Nie zgodziłem się i zostałem przy samochodzie, na autostradzie i bez koła. Zaraz potem jak odjechali rozpocząłem akcję poszukiwawczą i po chwili za wiaduktem udało mi się znaleźć zgubę i małą nakrętkę. Cóż miałem robić? Siedziałem sam na autostradzie, w nieoświetlonym, czarnym samochodzie. Nie powiem, żebym czuł się bezpiecznie. Po jakimś czasie z pomocą przypadkowej osoby zamocowałem koło i zostałem odholowany na parking strzeżony w pobliskim mieście. Wtedy też pojawili się moi koledzy, których ruszyło sumienie ( poprzedni właściciel opla z kolegami) i z nimi udałem się do Krakowa ( auto zostało na parkingu). Potem zacząłem organizować transport do Żagania. Do holowania potrzebny był sztywny hol, bo auto nie miało hamulców. Skontaktowano mnie z człowiekiem, który pracował w Muzeum Lotnictwa na Nowej Hucie. Z kawałka rury c.o. zrobił 3m-owy, sztywny hol. Musiałem go  przewieźć do centrum Krakowa, dlatego wsiadłem z nim do tramwaju, pełnego ludzi i trzymałem rurę nad ich głowami. To było idiotyczne. Następnie należało znaleźć kierowcę, który siadłby za kierownicą mojego opla ( bo nie miałem wtedy prawa jazdy). Wyratował mnie z opresji znajomy Syryjczyk i zgodził się kierować moim zabytkiem. W ten sposób trafiliśmy do Żagania. Po kilku latach, już w  warsztacie kolegi najpierw wyczyściłem auto ze starego lakieru, a potem razem zabraliśmy się do spawania. Trwało to dokładnie od Sylwestra do pierwszego dnia po Bożym Narodzeniu następnego roku (361 dni). Potem, po zapodkładowaniu opel  trafił do garażu i popadł  w zapomnienie, a ja wyjechałem z kraju. Kiedy już w Polsce poznałem Agnieszkę, zacząłem kolejny etap mojego życia i o oplu choć nie chciałem – musiałem znowu zapomnieć na kilka lat, bo Aga była przeciwna. Teraz to wygląda zupełnie inaczej. Coś tam się wydarzyło, coś tam przeżyliśmy i kobiecie się odmieniło. Dla mnie i dla opla założyła stronę internetową www.retrohobby.pl , wspiera mnie w remoncie, pociesza kiedy mnie to wszystko przeraża. Tak to jest. Dziękuję ci  Aguś.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.